2016-5-26_14-4-11-959

Dovetail Flight School – recenzja (2** – jak alpha test)

Dovetail Flight School – miało być nowe, jest stare, okrojone i… gorsze. Pisanie recenzji przypomina alpha-test. A wynik? Długa lista koniecznych poprawek.

CalAv2star

2016-5-26_14-4-11-959

Na wstępie przepraszam jeśli ta recenzja wyda Wam się nieco przyciężka. Jakość tekstu niestety w jakiś sposób odpowiada jakości produktu. O czymś fajnym pisze się przyjemnie, a przy słabym produkcie pisanie jest męczące. Dwa razy chciałem zarzucić pisanie tego tekstu (tak jak zarzuciłem wiele złych recenzji), ale dostaję od Was zbyt wiele pytań, żeby odpowiadać indywidualnie. Stąd ta recenzja… czy tam wynik testu. Obojętne.

Czym jest DTG Flight School?

No… to zależy. Jeśli jesteście uważnymi słuchaczami wywiadów z ekipą DTG (pojawiały się na youtube) to wiecie, że to symulator dla początkujących. Dla tych, którzy mają pierwszy kontakt z symulacjami lotniczymi.

Jeśli nie byliście dość uważni i przeoczyliście ten youtubowy disclaimer – możecie skorzystać z oficjalnego opisu, który mówi, że Flight School (FSc) stworzyło uznane studio zajmujące się oprogramowaniem symulacyjnym Dovetail Games, które wsadzi Was w kokpit, a potem dzięki interesującym i interaktywnym misjom oraz wyzwaniom sprawi, że już po chwili będziecie latać jak weterani.

Jeśli z jakiegoś powodu ulegacie złudzeniu, że FSc jest kierowana do ludzi, którzy w świeci symulatorów są nowi – reklama w FSX:SE Was z tego złudzenia wyprowadzi.

Wracając do tematu – czym jest FSc? Symulatorem. Prostym symulatorem opartym na FSX. Właściwie – FSc jest takim wyprutym z funkcji Flight Simulatorem X. Dla kogo? Moim zdaniem – dla nikogo. Ale o tym dalej.

DTG Flight School – krótki opis

Kupując flight school kupujecie symulator, który zawiera:

  • obszar całego świata
  • scenerię globalną opartą na FTX Global Base ORBX
  • 4 lotniska
  • kilka lotnisk poprawionych (tego nie jestem 100% pewny)
  • 24 tysiące lotnisk (baza z FSXa) – stan na 2006 rok (wiele z dużymi uproszczeniami)
  • pomoce nawigacyjne z 2006 roku (baza z FSX)
  • 2 samoloty (trzeci będzie dostępny wkrótce)
  • samoloty AI (2 lub 3)

We Flight School możemy latać w trzech trybach:

  • we Free Flight (lot dowolny – na całym świecie)
  • w misjach (9)
  • w szkole (2 szkolenia, odpowiednio 6 i 9 lotów).

Co widzę dobrego?

Nie sposób uniknąć porównań do Flight Simulatora X, ale zakładając, że czytają ten tekst również osoby, które wchodzą dopiero w świat symulacji postaram się jasno opisać co się kryje za poszczególnymi podobieństwami lub różnicami.

Pierwszą zaletą Flight School jest sceneria globalna. Jeśli nie znacie dodatku FTX Global Base – to przeczytajcie recenzję. W porównaniu z domyślną scenerią FSX, która niejednokrotnie jest obrzydliwą pustynią upstrzoną jakimiś zielonymi łatami – tutaj mamy całkiem ładny świat wszędzie dokoła. I nie dajcie się zwieść niektórym screenom w tej recenzji – większość tego świata wygląda całkiem przyjemnie. Jeśli screeny z Arizony wyglądają tak… jak wyglądają, to efekt użycia niezbyt pięknego miejsca do szkolenia (do tego jeszcze wrócę).

Zalety wykorzystania FTX Global oznaczają też bez porównania lepszy autogen (drzewa i budynki). Nie tylko gęstość jest większa (zawsze się nią zachwycam w produktach ORBX), ale również rozmieszczenie zostało poprawione – widać to na przykład w tych drzewach, które racjonalnie porastają miedze, zamiast być rozrzuconymi bez ładu na łąkach.

Co jeszcze widzę dobrego? Lotniska. Dostajemy 4 (tyle jest w folderze „Airports” w folderze „scenery”):

  • White Waltham
  • Prescott
  • Koblenz
  • Ashe County

Nie spodziewajcie się tu, oczywiście, lotnisk w rozumieniu płatnych scenerii – to nie ten poziom. Ale też te lotniska są znacznie lepsze niż domyślne lotniska w FSX. Jeśli szukacie porównania to będą gdzieś wśród dobrych scenerii darmowych. Dobrych – czyli różne Heringsdorfy czy inne dodatki tego poziomu zostawiają je daleko w tyle. Ale można na nich z przyjemnością lądować.

Technicznie – co te lotniska mają, a czego nie? Mają lepsze tekstury gruntu, wykonano też modele budynków i ustawiono samoloty statyczne (dwóch lub trzech typów – Cherokee, Super Cub i chyba zwykłe Cuby też, ale nie jestem pewien). To sprawia, że lotniska mają już jakąś atmosferę. Z drugiej strony – światła pasa i dróg kołowania to nadal położone na ziemi lub zawieszone w powietrzu kule światła – nikt nie pomyślał nawet o wymodelowaniu PAPI, co w sceneriach płatnych już jest chyba nie do pomyślenia. Trawy 3d nie spostrzegłem.

Dobre jest to, że mamy otwarty świat. Tu staram się to opisać jako „nowy produkt”, a nie jako proste przeniesienie FSXa (choć FSc nim jest). Także możemy startować i lądować z dowolnego lotniska w bazie symulatora – a tych jest pewnie 24 tysiące (nie wiem tego na pewno – nie mam jak policzyć, ale mniej więcej tyle zawiera baza FSX). W ramach otwartego świata mamy też pomoce nawigacyjne. Niestety – i lotniska, i radiolatarnie są pozyskane bezpośrednio z FSX, więc mamy świat w stanie z 2005 lub 2006 roku.

Mamy też nowe samoloty. W części „co widzę dobrego” napiszę tylko, że mają ładne modele zewnętrzne i przeciętne modele kokpitu. Poza tym nic dobrego napisać nie umiem.

Co mi się nie podoba?

Nawet nie wiem gdzie zacząć. Spędziłem (aktywnie) z FSc jakieś 6 godzin. Nieaktywnie spędziłem jeszcze 16 – to wyjaśnienie na wypadek gdyby ktoś sprawdził moje statystyki na Steam (FSc akurat prawidłowo nalicza godziny – inaczej niż FSX, który nalicza zdecydowanie za dużo i XP, który nie nalicza u mnie czasu gry wcale). Więc wśród moich 22 godzin jest kilka kiedy samolot leciał bez mojego nadzoru i nabijał mi nalot (potrzebny do zakończenia szkolenia) i kilka godzin nocnych – zapomniałem wyłączyć FSc. Ostatnie kilka godzin to czas na pauzie – kiedy robiłem notatki, a akurat nie mogłem zostawić samolotu w locie. Przyznam się, że to mniej niż poświęcam zwykle na testy samolotu do FSX, ale… zwyczajnie nie mam siły bawić się tym tworem dłużej. W czasie 6 godzin faktycznego lotu zapisałem jakieś 7 stron notatkami – to dużo jak na recenzję. Zalety zajęły 1/3 strony (jedną trzecią jednej strony).

Wady poważne

  • niedziałające systemy samolotów
  • źle zaprogramowane clickspoty w kokpicie
  • ograniczone funkcje narzędzia do planowania lotów (brak planu lotu)
  • brak możliwości ustawienia ciężaru samolotu i wyboru ilości paliwa
  • brak możliwości rozpoczynania lotu na stanowisku postojowym
  • bardzo ubogi model lotu
  • wychodzące tu i ówdzie drobne bugi (coś nie działa, co innego przestaje działać)
  • szkolenie na bardzo niskim poziomie
  • nudne misje
  • marny anty-aliasing
  • fatalne cienie w kokpicie

Samoloty

Od czegoś trzeba zacząć – niech będą samoloty. W końcu to symulator. Do modelu zewnętrznego nie można się za bardzo przyczepić – wygląda poprawnie, nawet nieźle. Jedynym dziwactwem są odblaski – Cherokee świeci po zacienionej stronie, a widziany od strony słońca – jest w cieniu. Gorzej jest w środku – tu słońce rzuca cienie, których brzegi są subtelne niczym piła płatnica. To poziom FSXa… tylko 10 lat później. Cały ten szał o zastosowaniu DX11 idzie w diabły – pod tym względem w kokpicie wizualnie jesteśmy na poziomie DX9. W FSX ratuje nas to, że DX10 fixer (za opłatą) rozwiązuje ten problem. Tutaj cienie można… wyłączyć.

Pisałem już, że samoloty są dwa. Piper Cherokee i Piper Super Cub. Na pierwszy rzut oka – dwie nowe maszyny. I to mnie nawet cieszyło, bo obawiałem się, że pójdą drogą prostego przejęcia któryś dwóch samolotów z FSXa. I tak się cieszyłem… do momentu kiedy z ciekawości przejrzałem pliki aircraft.cfg i air file. Cherokee jest tym samym Cherokee’m, który lata w FSX jako samolot AI – został poddany tylko niewielkim manipulacjom. Piper Cub jest standardowym FSXowym Cubem z większym silnikiem. Tyle w temacie tworzenia samolotów – mam nadzieję, że DA42 nie okaże się FSXowym Baronem z lekkimi modyfikacjami.

Samolot jest jaki jest… – pora zacząć latać. Uruchamianie ogranicza się do przyciśnięcia Ctrl+E. Można przycisnąć też przycisk startera w kokpicie. Ale nie próbujcie przekręcać kluczyka, czy wybierać iskrowników – to wszystko jest ustawione na stałe. Dla pewności włączyłem sobie domyślne samoloty w FSX – w nich iskrowniki działały. Zabawne więc jest to, że w jednym z lotów wykonujemy próbę silnika. Pełna moc. Mała moc. Koniec. Taaaak – o to przecież w próbie silnika chodzi. No ale na tyle ten symulator pozwala.

Rozglądając się po kokpicie (Cherokee’ego, bo w Super Cubie za dużo nie znajdziemy) szukam przełączników świateł… i nie znajduję wszystkich. Czy ktoś znalazł już stroboskopy? Czy Cherokee jest wyposażony w światła lądowania, z strobe’ów nie zamontowano?

Patrząc nieco dalej docieram do radia i transpondera. Ja rozumiem, że nie wszystko musi być „klikalne”. Ale niech będzie przynajmniej czytelnie podpisane! Tekstury są tak niskiej jakości, że części opisów nie widać. Choć te przyciski i tak nie działają, więc nie ma co czytać ich opisów. W transponderze kod możemy zmienić scrollem – bezpośrednio na wyświetlonych cyfrach. Podobnie w radiu zmienimy częstotliwość. Choć nie całkiem te miejsca gdzie należy najechać scrollem pokrywają się z cyframi. Używanie pokręteł do ustawiania częstotliwości radia jest nadal (po kilkunastu próbach) powodem mojej frustracji (i jednym z powodów dla których rezygnuję z tego symulatora). To jak zdefiniowano clickspoty jest nieporównywalne nawet ze starymi samolotami darmowymi.

Jeśli jesteście przyzwyczajeni (przez płatne samoloty) do chowania wolantu tak, by nie zasłaniał przyrządów – FSc będzie powrotem do starych, dobrych czasów kiedy nic takiego nie było możliwe. Jeśli brakuje Wam Track IR i nie znacie na pamięć skrótów klawiszowych służących do ruszania głową – obroty w Cherokee pozostaną dla Was tajemnicą, bowiem ich wskaźnik znajduje się akurat za wolantem.

Cherokee nie ma autopilota. Nie wiem czemu to urządzenie komuś przeszkadzało – może kilkanaście minut potrzebnych do zaprogramowania podstawowych trybów (czytaj – do skopiowania z dowolnego samolotu w FSX) nie zmieściło się z budżecie, ale tutaj AP nie działa. Na szczęście (to piszę w kontekście czasu, który trzeba wylatać do obu licencji) AP można skopiować samodzielnie z FSX. Będzie działał tylko w trybie „wing-level” i (do wyboru przy programowaniu w aircraft.cfg) „pitch-hold” lub „altitude-hold”, ale jednak – będzie działał (włączamy i wyłączamy standardowym skrótem klawiszowym).

GPS dostępny jest tylko w panelu 2d. Mam zresztą wrażenie, że jest nieco okrojony w porównaniu do standardowego GPS z FSX. W wirtualnym kokpicie GPSa nie uświadczymy. Same panele 2d mają odpychająco niskiej jakości tekstury.

Ocena samolotu… Pod pewnymi względami (model) jest lepiej niż w domyślnych samolotach w FSX. Pod innymi (systemy, obsługa) jest gorzej lub dużo gorzej. Żaden z samolotów nie wytrzymuje porównania z darmowymi maszynami IRIS (PC-9 i Texan II) lub Dino Cattaneo. Czy nie można było kupić takich samolotów od tych lub od podobnych developerów???

Planowanie lotów

Jedno dobre słowo – ładna mapa. Flight Planner we Flight School zawiera to, czego najbardziej mi brakowało w FSX – czyli dane o drogach i miastach. I jest pełnoekranowy. Tyle dobrego.

A teraz to, co jest złe. Flight Planner służy tylko do tego, by wyrysować w locie różową kreskę w GPS. Na tym jego przydatność się kończy. Nie znajdziemy tu żadnego „nav-log” czy innego zapisu planu lotu. Nie znajdziemy tu podsumowania kursów i odległości (choć jeśli ktoś jest uważny – może sobie to wynotować po dodaniu każdego punktu – bo te informacje są widoczne dla ostatniego odcinka).

Problemem planowania lotów – jeśli ktoś chce korzystać z pomocy nawigacyjnych – jest też to, że nie widać ich jeśli się choć trochę oddali mapę. Pomoce nawigacyjne znikają w pierwszej kolejności. Także jeśli planujesz wycieczkę wokół Warszawy – ten flight planner pomoże. Jeśli chcesz lecieć z Katowic do Gdańska – nie przyda się.

W FSX planowanie lotu kończyłem konfiguracja samolotu. Tyle paliwa i tyle ładunku (pasażerów). Niektóre płatne samoloty mają do tego odpowiedni panel dostępny z poziomu samolotu, inne trzeba zatankować przed lotem z panelu FSX. Tutaj nie ma tego problemu. Paliwa i ładunku po prostu nie można zmienić.

Podobnie – nie można wybrać punkt początkowego (parking, stanowisko przed terminalem, itp). Poza misjami i lekcjami każdy lot zaczynamy na pasie.

Misje

Misji jest 9. Trzy to krótkie loty Super Cubem, kolejne trzy to „ferry flight” Cherokee’m, są też trzy sytuacje emergency.

Tu muszę zaznaczyć, że ja w ogóle nie jestem miłośnikiem misji w symulatorach. Uważam, że na ogół są one totalnie nudne i mało realistyczne. Zaakceptowałbym ciekawe i nierealistyczne lub nudne i realistyczne bardzo. Tu… za ciekawe mogę uznać dwie – sytuację „fuel emergency” kiedy na kilka mil przed lotniskiem dowiadujemy się, że jest mało paliwa w zbiornikach (pomijam idiotyczną narrację – pilot dopiero kiedy wskaźniku paliwa pokazały mu puste zbiorniki dowiaduje się, że jego przyjaciel nalał tylko połowę paliwa – co? wcześniej nie widział, że paliwa jest mniej?). Misja jest fajna. Dwa razy. Pierwszy – kiedy próbujemy dolecieć stosując jakieś sensowne techniki zubażania mieszanki i optymalnej prędkości szybowania kiedy paliwo się faktycznie skończy. I drugi – kiedy stwierdzimy, że na nierealnie ubogiej mieszance samolot trzyma moc i wykonujemy normalne lądowanie, po którym paliwa starcza jeszcze na dokołowanie pod hangar. W sumie daje to jakieś 10 minut zabawy.

Druga fajna misja to lądowanie z pożarem. W opisie misji stoi, że głównym utrudnieniem będzie to, że przepustnica się automatycznie otwiera zwiększając moc przed lądowaniem. Ja złamałem system – jak tylko dowiedziałem się, że silnik się pali – zamknąłem przepustnicę i odciąłem mieszankę. Więc wszelkie zwiększania mocy zaprogramowane w misji nie zadziałały… ale lądowanie z pozycji z wiatrem na ślicznie położonym lotnisku w Koblencji uznaję za fajne.

Trzecia misja „emergency” – czyli lądowanie przy oblodzeniu była banalna – ot, lądowanie szybującym Super Cubem na lotnisku, które jest przede mną i nisko. Bez szału.

3 misje na Alasce to krótkie loty Super Cubem. Wiedząc ile zajmuje programowanie misji w FSX – dziwię się, że takich misji nie zrobiono 10 czy 20 w różnych miejscach. Te 2-3 godziny mogli odżałować. Ale nie odżałowali więc mamy 3 misje, które są niemal identyczne. Wystartuj, leć we wskazanym kierunku, wyląduj. Polecam kompresję czasu.

3 misje „ferry” to zwyczajne latanie w „trudnych warunkach”. No… bez przesady z tymi warunkami – trochę niskich chmur i wiatru. Kompresja czasu x4, a miejscami x8 w samolocie pilotowanym z ręki… Zaliczone. I tyle o nich mogę powiedzieć.

Szkolenie

Jeśli kiedyś próbowaliście szkolenia w FSX, to pewnie zauważyliście ile lotów potrzeba by je zaliczyć i jak dokładne są wyjaśnienia. Tu nie znajdziecie niczego podobnego. Instrukcje są krótkie lub ekstremalnie krótkie. Wyjaśnienia wstępne ograniczone są do kilku linii tekstu. Nauka radionawigacji odbywa się bez mapy. Instruktor raz po raz posługuje się pojęciami, których nie wyjaśnił…

Kogo można w ten sposób wyszkolić?… Nie wiem.

Wiem tylko, że gdybym nie miał sporego zasobu wiedzy o lataniu – to nie wyszkoliłbym się we Flight School. Po prostu te loty są zbyt uproszczone. Przykładowo – nauka lądowania wygląda tak, że pilot ma ustawić przepustnicę i zapomnieć o niej, a potem korygować pochylenie tak by utrzymywać stałą prędkość. Fakt – czasami w ten sposób trafi w okolice pasa. Ale częściej nie. Szkolenie Roda Machado w FSX omawiało ten sam problem w dwóch długich lekcjach, z rozbudowanym komentarzem, który zwracał uwagę na to, co należy robić w każdym momencie. Tamto stare podejście mogło być „nudne” (zamiast 5 minut pół godziny na naukę lądowania – nie licząc tekstu do przeczytania przed lotem). Ale uczyło. Teraz jest zabawa. Czasem uda się odblokować nagrodę. Czasem nie. Wtedy można spróbować jeszcze raz. Jeśli ktoś się nie znudzi.

Większe problemy zaczynają się w kilku lekcjach, które wymagają czegoś więcej niż 3-5 minut lotu. Tam gdzie pojawia się kilka zakrętów, jakieś zmiany wysokości itp. pojawiają się też problemy z rozpoznawaniem naszych działań. Radykalnie pokazuje to egzamin na PPL. Nie wiem czy żaden z beta-testerów do tego etapu nie doszedł, ale egzamin zatrzyma większość użytkowników (do tej pory tylko pół procenta posiadaczy FSc go zdało – PÓŁ PROCENTA). To nie jest trudny egzamin – kołowanie, start, zakręt o 90 stopni, wznoszenie, przeciągnięcie i wyprowadzenie z przepadania, wolny lot, zakręt w prawo i w lewo (360 stopni), ustawienie się na radialu, wejście w krąg i lądowanie. Rzeczy, które robię bardzo często w FSX i nie mam z nimi najmniejszego problemu. A do egzaminu podszedłem kilka razy. A było tak:

Przypadek 1. Polecenie – wykonaj przepadanie. Więc zwalniam, wysuwam klapy jak na lekcji i słyszę „utrzymuj 90 węzłów i 8500 stóp”. No to chowam klapy i przyspieszam znów do 90w. Egzamin przerwany – nie wykonałem przepadania.

Przypadek 2. Z przepadaniem poczekałem chwilę lecąc 90 węzłów zanim zacząłem zwalniać. Załapało. Wyprowadzam z przepadania – prędkość 65 węzłów, staram się utrzymywać wysokość i przyspieszyć. „Jaka jest idealna prędkość wznoszenia?”. Wiem, że 75 węzłów – ale jesteśmy na 8000 stóp, Cherokee ma cherlawy silniczek i połowę klap – nie przyspiesza jak rakieta. „Utrzymuj 75 węzłów”. A samolocik przyspiesza jak obciążona węglem barka… Oblane.

Przypadek 3. Gość chce 75 węzłów? To będzie je miał! Przepadanie, poprawne dodanie mocy, wyrównanie… i nurkowanie. A jak! Ma być 75 węzłów to będzie! Instruktor był zachwycony. Co z tego, że straciłem dodatkowe 200 stóp? W podejściu nr 3 zawaliłem zakręty. „Wykonaj zakręt w prawo” (zwróćcie uwagę, że nie pada „o 360 stopni” – po prostu zakręt. Ale ja jestem dość cwany, żeby wiedzieć, że chodzi o 360, a nie kręcenie się w kółko do momentu kiedy mnie obleje za niewyprowadzenie. No to wykonuję. „Utrzymuj kurs 300”. Hmm – było zakręcaj, czy nie? Na wszelki wypadek wracam na 300. Ale nie dość szybko. „Nie umiesz utrzymywać kursu”… oblane.

Potem się nauczyłem, że po każdym poleceniu trzeba poczekać trochę… ale to bez sensu. Przeszedłem ten egzamin jedynie po to, żeby porządnie przetestować produkt. Jako zwykły użytkownik – nie zrobiłbym tego.

Jako ciekawostkę dodam, że regularnie wykonuję loty szkolne w FSX. I pomimo mojej, jakiejś tam, wiedzy i doświadczenia – nadal uważam je za ciekawe i pożyteczne. Do lekcji w FSc nie będę wracał.

Sceneria i efekty wizualne

Jak wspominałem – to jest FTX Global Base. Więc sceneria jest niezła w 80% miejsc. I tu muszę przyznać, że mam zagwozdkę – widoki na moich screenach w większości nie powalają. Można nawet zaryzykować stwierdzenie, że sceneria jest beznadziejna. To, jak wygląda świat wokół Prescott jest wyjątkiem. Większość miejsc w FSc mi się podobała – zresztą tak samo jak podobają mi się różne miejsca w FSX z FTX Global. Dlaczego wybrano takie miejsce na szkolenie? Nie wiem. Może jakiś product placement… bo za darmo to strzelanie sobie w stopę.

Wizualnie jest na ogół nieźle, choć denerwuje anty-aliasing. Przyzwyczaiłem się do anty aliasingu z FSX z DX10 fixerem – ten jest poprawny. Lubię anty-aliasing w innych grach, których używam. A ten z FSc wygląda gorzej niż domyślny w FSX. Nie wiem co tu jest nie tak, ale niektóre efekty są tragiczne.

Sporo zmieniono przy chmurach. Jak nie lubiłem chmur w XPlane, jak ten się pojawił – tak jeszcze bardziej nie lubię FSc. Porównania z P3D w ogóle nie ma. Porównania z DCS – też za bardzo nie. Najgorsze w tych chmurach jest to, że są ołówkowo-szare. Nie wiem czemu wybór padł na taki kolor. Cumulus „ładnej pogody” tak nie wygląda. A tu się zawsze rysują chmurki deszczowe. Wręcz burzowe. Tylko śmiesznie wygląda taka samotna, maleńka chmurka o kolorze podstawy rozbudowanego cumulonimbusa.

Wydajność

FSX bez dodatków. Albo gorzej niż FSX bez dodatków. Czyli na przyzwoitym sprzęcie z dala od lotniska – kilkadziesiąt klatek. Na lotnisku (jednym z tych lepszych) – 30-40. To drugie mnie zastanawia – bo takie wyniki mam na wielu znacznie lepszych lotniskach w FSX (z płatnymi samolotami).

Martwi mnie zajęcie VAS. FSc to progam 64-bit, więc nie ma ograniczenia do 4GB i symulator korzysta z tego swobodnie. I tu mam wątpliwość – dlaczego właściwie nad domyślnym terenem z FSX (+FTX Global Base) i w bardzo prostym samolocie, bez (lub z pomijalnym i lekkim) ruchem AI symulator potrzebuje… na przykład 7GB przestrzeni adresowej? FSX radził sobie – przy ustawieniach ultra – w takich warunkach korzystając z 2GB (domyślny samolot i sceneria z samym FTX Global). W FSc ta zajętość rośnie i pojawiają się błędy – to widać na kilku screenach – albo nie wyświetlają się tekstury ziemi (niebieskie kwadraty na ziemi), albo unoszą się elementy autogenu. To znane błędy z FSX, ale na moim sprzęcie nie widuję ich za często nawet w okolicach bardzo „ciężkich” scenerii w ciężkich samolotach. Tu zauważyłem te problemu kilkakrotnie przy moim mizernym nalocie. W tym miejscu jedyny raz odniosę się do przyszłego Flight Simulatora DTG (taki jest zapowiadany). Jeśli zamierzają tak korzystać z pamięci jak tu, to pomimo 64 bitów nie wróżę nic dobrego temu symulatorowi jeśli miałyby się pojawić płatne scenerie i samoloty. Te 12 lub 20 GB pamięci jakimi dysponuje nowoczesny komputer (20 czyli 16GB RAM i 4GB pamięci karty graficznej) może się zużyć bardzo szybko przy tak… nonszalanckim podejściu.

Żeby nie być gołosłownym – jeśli piszę o nonszalanckim podejściu to mam na myśli na przykład „wagę” tych samolocików. Model zewnętrzny tego Pipera Cherokee to 92MB, wnętrze to 65MB. Super Cub to też poważne 59 i 40MB. Tekstury Super Cuba to (trzymajcie się!) 363-426MB (w zależności od malowania). Cherokee to ponad 380MB. Dla porównania – Cessna 182 A2A to 17/14MB modelu (zewnętrzny, wnętrze) i około 110MB tekstur. Boeing 777 PMDG nie jest dużo cięższy (a model ma nawet lżejszy niż Cessna A2A).

UI/UX

Problemem jest tu nawet interfejs i szeroko pojęte doświadczenie użytkownika. O ile w FSX interfejs jest brzydki i przestarzały (z wyglądu) to dość dobrze spełnia swoją funkcję. Oczywiście – brakuje mu rozwinięcia na pełny ekran i to warto było naprawić, ale… właściwie więcej zepsuto niż naprawiono.

Czytelne menu zostało zastąpione ikonkami. Ok – to teraz standard. Ale już standardem nie jest ukrywanie tego menu przy każdej okazji, tak żeby przejście do innego trybu (z misji do szkolenia na przykład) wymagało przeklikania „wstecz” kilka razy.

Drugi problem tego interfejsu – jest pełnoekranowy. O ile to się sprawdza w widoku mapy i przy planowaniu lotu, to wszędzie indziej jest to kłopot. Zrozumcie mnie dobrze – mam 22 calowy ekran i z jakiegoś powodu ktoś uznał, że polecenia, które powinienem klikać kolejno będą rozmieszczone… na przeciwległych krańcach ekranu (tak wygląda wyjście z mapy w locie i powrót do kokpitu – najpierw klikamy przycisk w lewym górnym rogu, potem w prawym dolnym).

Nie dotrzymano zasad projektowania interfejsów, które wydawały mi się oczywiste dla wszystkich już lata temu. Ot takie etykietki w formularzach czy przy opcjach do zaznaczenia. Normalnie w nie klikamy. W FSX w 2006 roku już klikaliśmy w etykietkę, żeby zaznaczyć opcję. Tu nie – tutaj celujemy w pole, które trzeba zaznaczyć. Lata 90. wróciły.

W sumie nie wiem o co tu chodzi – mieli coś co działało, zrobili coś, co nie działa. Trudno dopatrzyć się tu jakiś ruchów w stronę przyszłego symulatora – bo do tego aktualny interfejs nie będzie się nadawał zupełnie. Przykładowo – co z tego, że mamy interfejs pełnoekranowy, jeśli karuzela wyboru samolotu i malowania to cienki pasek? Przy dwóch samolotach wygląda niepoważnie. Jeśli to rozwiązanie przejdzie do DTG Flight Simulatora to po dodaniu takiej kolekcji jaką wielu z nas ma w FSX – przewijanie listy będzie o niebo bardziej uciążliwe niż w FSX…

Podsumowanie

Nawet nie chce mi się już dłużej pastwić nad tym symulatorem. Jest słaby. Wygląda jak prosta przeróbka FSX, na którą pewnie złapie się kilka tysięcy ludzi i wbije 15 Euro na konto DTG. Ja uważam moje 15 Euro za wyrzucone w błoto – dostarczony produkt w tej chwili wygląda jak zaawansowana Alfa prostego symulatora.