7 czerwca 1912 – karabin maszynowy w samolocie

7 czerwca 1912 po raz pierwszy uzbrojono samolot w karabin maszynowy. Zastosowany samolot – Wright Model B był w tym czasie czołową konstrukcją rodzącego się przemysłu lotniczego w USA, a karabin maszynowy Lewisa na długo miał stać się synonimem lotniczego karabinu maszynowego. Skuteczność nowej machiny wojennej wysoko mogą oceniać jedynie najbardziej życzliwi – trafiło tylko kilka pocisków. Ale potencjał nowej broni zauważono.

Pilot i strzelec w Wright Model B

Pilot i strzelec w Wright Model B
(zdjęcie U.S. Army / PD)

Samoloty w siłach zbrojnych

Armie zawsze były zainteresowane nowinkami technicznymi – tak też było z samolotami. Już w 1907 amerykańska armia powołała Oddział Aeronautyczny – początkowo składał się z jednego oficera i dwóch żołnierzy. Oficerem tym był Charles deForest Chandler – do tego nazwiska jeszcze wrócę. Po dwóch latach lotów balonowych wzmocniony już oddział otrzymał pierwszy samolot – Wright Model A. Konstruktorzy maszyny odpowiadali też za przeszkolenie pilotów wojskowych. Początki były trudne – samolot został w jednym z lotów rozbity i na kilka miesięcy loty przerwano.

Potrzeba wykorzystania samolotu stała się paląca w czasie walk z meksykańskimi rewolucjonistami na południowej granicy w 1911. Wright A (nadal nie w pełni sprawny) został spakowany w skrzynie i wysłany do Teksasu, ale tam uznany za zupełnie niezdatny do służby. Zastąpił go Wright B – samolot wypożyczony od cywilnego właściciela przez obrotnych pilotów za symboliczną kwotę jednego dolara. Niewiele wiadomo o wykorzystaniu maszyny w lotach obserwacyjnych i łącznikowych, ale entuzjazm dla nowej jednostki był tak duży, że szybko stworzono kompanię aeronautyczną i zezwolono na zakup kilku odpowiednich samolotów. „Lotnictwo wojskowe” zaczęło nabierać kształtu.

Postępowała też profesjonalizacja. Nieformalne sprawdziany kończące kursy zostały uzupełnione egzaminem zgodnym z wymaganiami Międzynarodowej Federacji Lotniczej (FAI). W ten sposób 5 lipca 1912 roku, 3 lata po tym jak amerykańscy wojskowi zaczęli latać samolotami, trzech z nich uzyskało formalnie wojskowe uprawnienia lotnicze. Byli to Charles deForest Chandler, Thomas DeWitt Milling i Henry H. Arnold. Ten ostatni z czasem wspiął się na szczyt hierarchii w amerykańskim lotnictwie. Ot co znaczy wczesny start.

Pozostałym też nie brakowało inicjatywy. Wymyślili, że samolot nie musi służyć jedynie do przenoszenia meldunków i rozpoznania (trzeba zauważyć, że cały ten lotniczy interes rozwijał się w ramach Korpusu Łączności). deForest Chandler i Milling chcieli zademonstrować samolot bojowy.

Karabin maszynowy na pokładzie

Szczęśliwie dla obu lotników pułkownik Lewis służył jeszcze w tym czasie w armii amerykańskiej i w niej próbował wypromować swój karabin. Sukcesu nie odniósł, ale jego lekki karabin maszynowy był już na tyle znany, że piloci szukający niezbyt ciężkiej i bardzo bezpiecznej w obsłudze broni (w końcu mieli strzelać z bardzo łatwopalnego samolotu) otrzymali jeden egzemplarz do testów. Sam Lewis wkrótce rozstał się z amerykańskimi siłami zbrojnymi, wyjechał do Belgii i swój karabin produkował w Europie. Lewisów używano jeszcze w Wietnamie – pół wieku później!

Wracając do lotników i ich pomysłu. Milling zasiadł za sterami Wrighta Model B, deForest Chandler miał obsługiwać karabin maszynowy – robił to pierwszy raz w życiu, a instrukcji udzielał mu projektant broni. Cel, w który ten ostatni miał opróżnić magazynek miał wymiary ok 2x2m. Lecieli nisko i powoli podchodząc do celu kilkakrotnie, za każdym razem strzelając krótką serią. Trafili pięcioma pociskami. Największym problemem był brak możliwości oceny trafień – strzelając z karabinu pozbawionego obowiązkowych później pocisków smugowych strzelec nie widział gdzie dokładnie strzela. Chcąc ocenić swoją celność ostrzelał również staw leżący nieopodal. Obserwatorzy na ziemi, wystraszeni przypadkowymi strzałami, wykonali prawidłowe wojskowe „padnij” w obawie, że karabin w niewprawanych rękach zaczął strzelać sam.

Następnego dnia test powtórzono strzelając tym razem do celu o wymiarach 2x16m. Trafili czternastoma z 50 pocisków. Pomimo wszystkich wątpliwości odtrąbiono sukces, koncentrując się raczej na potencjale niż na rzeczywistym efekcie ostrzału.

Gazeta The Brooklyn Eagle napisała „Czy jest możliwe, że w powietrzu czają się najbardziej niszczące siły nowoczesnej wojny? Nic nie stoi im na przeszkodzie”.

Henry H. Arnold był dowódcą amerykańskiego lotnictwa kiedy to zrzucało bomby atomowe na Hiroszimę i Nagasaki.