Sztorm – w otwartej kabinie nad Północnym Atlantykiem

Pierwszy atak odbył się przy podstawie chmur na 500 metrach, zachmurzeniu 8/10 i przelotnych szkwałach. Niemiecki pancernik nie został zauważony przez samoloty – te naprowadził krążownik HMS Norfolk, tak że dopiero w ostatniej fazie lotu wykryty cel radarem. Bismarcka rozpoznano wzrokowo przez przerwę w chmurze, a potem podjęto atak (wg namiarów radaru). Po wyjściu z chmury okazało się, że Swordfishe atakują amerykański kuter straży przybrzeżnej…

Szczęśliwie – Bismarck był niedaleko. Ponownie zawrócono w stronę Norfolka, odebrano informację o kursie na cel i odległości i wykonano atak. Warunki były takie, że jeden z samolotów zdołał się zgubić po drodze (po drodze – na całych 6 milach drogi) i w ogóle nie znalazł celu. Mimo to – uzyskano pierwsze trafienie torpedą. Uszkodzenia były powierzchowne, ale dla morale lotników było to ważne trafienie.

1941. Pancernik Bismarck wyszedł w morze i zmierzał przez Cieśninę Duńską ku szlakom handlowym na Atlantyku. Royal Navy wyszła w morze, żeby go zatrzymać.

Drabinka w miejscu gdzie bardziej nowocześni piloci oczekują HUDa to celownik torpedowy. Należało ocenić wielkość okrętu, odpowiednio do niej i do prędkości ustalić ile zajmie miejsca między szczebelkami i w odpowiednim momencie – zrzucić torpedę. Jak się niewłaściwie oceniło (albo torpeda była felerna) to kończyło się jak z torpedowaniem HMS Sheffield.

Następne samoloty z Victoriousa (2 Fulmary) wystartowały w nocy, ale celu, który miały śledzić nie znalazły. Własnego lotniskowca również nie. Załogę jednego z morza wyciągnął okręt podwodny, załogę drugiego wpisano na listę zaginionych. Aby przyjąć Swordfishe, brytyjski lotniskowiec robił na pełnym morzu efektowne (i efektywne jak się okazało) pokazy świetlne… Złamano wszelkie możliwe regulaminy, ale samolotom udało się szczęśliwie znaleźć bezpieczny pokład. Następne 36 godzin okręty i samoloty spędziły na bezskutecznym poszukiwaniu dwóch wielkich okrętów, ale przy fatalnej pogodzie trzeba było wpadki Niemców, którzy sami się przyznali gdzie są, wysyłając przez radio raport sytuacyjny do Niemiec.

Jeszcze rundka w oczekiwaniu na zebranie całej formacji. Widzialność – jak na Północnym Atlantyku.

Dalsze działania pokazują trudną sytuację, w jakiej znajdowały się obie strony. Niemcy mieli na karku dwa lotniskowce, ich samoloty i ogromne siły nawodne Royal Navy. Brytyjczycy mieli przeciwko sobie przede wszystkim pogodę. Rankiem 25 maja trzy Swordfishe poleciały na patrol. Wróciły dwa. Dzięki życzliwości przypadkowego statku handlowego załoga trzeciego przeżyła. Ale jeden Stringbag (potoczna nazwa Swordfisha) się utopił. Następnego dnia Brytyjczycy utopili kolejnego miecznika w czasie patrolu. Tym razem z załogą.

26 maja fale sięgały powyżej 15 metrów, a wiatr osiągnął 50 węzłów. Kiedy patrolująca ocean Catalina zgłosiła pozycję Bismarcka – był on w środku obszaru patrolowanego przez samoloty z HMS Ark Royal. Do tej pory Brytyjczycy nie mieli szczęścia go znaleźć.

Kiedy z pomocą bazującej na lądzie łodzi latającej formacja z lotniskowca wykonała atak… celem stał się HMS Sheffield. Piloci pomylili się. Szczęśliwie dla załogi krążownika – zrzucone torpedy były równie celne jak identyfikacja okrętu – trafna. 11 chybiło. Sheffield nie odpowiedział ogniem. Mimo to pierwszy „atak” kosztował Fleet Air Arm (lotnictwo Royal Navy) trzy maszyny, które rozwaliły podwozie przy lądowaniu na rozkołysanym pokładzie.

Stringbag podchodzi do lądowania. Jak na wszystkich lotniskowcach z prostym pokładem – rozpięto dla nas siatki – na wypadek jeśli liny hamujące zawiodą. Sympatyczny pan uśmiechający się z tylnego siedzenia to TAG – telegraphist air gunner. Czyli radiotelegrafista / strzelec. W FSXowym Swordfishu miejsce nawigatora zajmuje beczka z paliwem.

Warunki z drugiego ataku (tym razem 15 maszyn – wraki trzech zostały na pokładzie AR) to zachmurzenie 7/10, podstawa chmur 600-1400m. Żeby w takich warunkach znaleźć cel trzeba było naprowadzić się za pomocą Sheffielda (szczęśliwie nie zatopiono go wcześniej, więc mógł nawiązać kontakt z Bismarckiem i służyć jako pomoc nawigacyjna), potem odebrać od niego namiary na niemiecki okręt i zacząć go szukać. Podstawa chmur nad Bismarckiem schodziła miejscami do 250-300m. Część formacji atakowała jedynie według namiaru podanego przez śledzący Bismarcka krążownik, część według radaru ASV. Szósty klucz atakował z największymi problemami – lotnicy zgubili się na trasie od Sheffielda do Bismarcka, więc wrócili do Sheffielda, jeszcze raz poprosili o namiar i odległość, po czym wykonali atak.

Również ten atak skończył się stratami niebojowymi. Kolejne trzy samoloty grzmotnęły o pokład tak mocno, że do następnego lotu się już nie nadawały. Sześć dalszych uszkodzili Niemcy, w tym jeden tak mocno, że po lądowaniu natychmiast zepchnięto go za burtę.

Z torpedą pod kadłubem. Będziemy się rozpędzać. Wieje tak, że start nastąpi przed końcem pokładu.

Ważniejsze jednak od strat poniesionych przez Swordfishe było trafienie Bismarcka torpedą, która szczęśliwie ugodziła pancernik w pobliżu mechanizmu steru, trafiając w jedno z nielicznych miejsc, w których lekka torpeda lotnicza mogła tak potężnemu okrętowi wyrządzić poważne szkody.

Nawet atak na HMS Sheffield nie okazał się zupełnie pozbawiony sensu. Pokazał niesprawność użytych torped (z zapalnikiem magnetycznym) i do właściwego ataku użyto wyłącznie takich, które eksplodowały przy kontakcie z kadłubem. Trudno dziś oceniać, czy piloci nie trafili w Sheffielda (przy niewłaściwej ocenie wielkości okrętu zapewne zrzucali torpedy z niewłaściwej odległości) czy torpedy były wadliwe (zapalniki magnetyczne torped były w pierwszej połowie wojny wadliwe – z tym problem borykali się również Niemcy i Amerykanie w swoich okrętach podwodnych). Niemniej – ten atak spowodował wybranie „właściwej” torpedy. Trudno rozstrzygać jak wyglądało by dalsze polowanie na Bismarcka, gdyby użyto wadliwej broni tracąc w pierwszym ataku dziewięć maszyn. W drugim mogło by już zabraknąć samolotów.

Lotniskowiec na morzu w czasie wojny to nie jest jakieś szczególnie bezpieczne miejsce – mówiło się na nie „magnes przyciągający bomby”, ale z perspektywy dwupłatowca nad oceanem w czasie sztormu – lotniskowiec wydaje się całkiem atrakcyjny.

Bismarck, zataczając kręgi z uszkodzonym sterem, stał się łatwym łupem dla brytyjskich pancerników, które 27 maja dotarły w pobliże. Pomimo ogromnych strat sprzętowych – z 27 samolotów w dniu wyjścia w morze, w powietrze 27 maja zdołano wysłać jedynie 12 maszyn – lotnicy byli gotowi do kolejnych ataków. Trudno powiedzieć czy na kolejne ataki lotnicze nie pozwoliła duma dowódców bliżej związanych z „konwencjonalną” marynarką opartą na sile pancerników, czy racjonalne obawy o kolejne pomyłki takie jak ta z Sheffieldem. Załogi Swordfishów mogły jedynie patrzyć na dobijanie wroga ogniem dział i wróciły na lotniskowiec zrzucając torpedy w morze przed lądowaniem.

Choć ostatecznie zatopienie Bismarcka zapisały miedzy siebie pancerniki HMS King George V i HMS Rodney, nikt nie odbiera dwupłatowym samolotom torpedowym ich decydującej roli w zatrzymaniu wrogiego okrętu, który mógł zadać duże straty konwojom atlantyckim, a którego sama obecność w Brescie, do którego zmierzał, angażowała by duże siły brytyjskie – tak potrzebne w innych miejscach.

Ten epizod, podobnie jak mniej spektakularne, ale nie mniej ważne loty dla osłony konwojów przed U-bootami, pokazuje jak trudne były warunki pracy załóg lotniczych, ale także – jak ogromne są możliwości samolotów i ludzi. Latano w warunkach, które w najtrudniejszych momentach, były by podstawą do wstrzymania wielu lotów IFR prowadzonych według aktualnych procedur. Jedyną pomocą nawigacyjną były sojusznicze okręty, które namierzając sygnały z samolotów podawały właściwy kurs dolotowy lub odlotowy radiotelegrafiście, który siedząc z tyłu kabiny, przekazywał informację dalej do nawigatora (w środku kabiny). Ten, w deszczu, nanosił pozycję i kursy na mapę. Zamiast ILS, piloci korzystali jedynie z oświetlenia lotniskowca, a w trudniejszych warunkach – również z błyskających rakiet, które były wystrzeliwane dla pokazania pozycji, kursu i ścieżki podejścia. Nie były to metody idealne, ale skuteczne, a piloci udowodnili swój najwyższy kunszt.

 

Pamiątkowe zdjęcie (tym razem prawdziwe) z akcji.
[Zdjęcie: Royal Navy – public domain]

Wpis powstał (przypadkiem) przy okazji 62 rocznicy opisanych wydarzeń, pod wpływem mojego powrotu do symulatorowego Swordfisha. Miłośnikom morskiego latania polecam loty tą maszyną, z lotniskowca, w trudnych warunkach. Pomimo wizualnie przeciętnego wykonania – samolot ma osiągi zbliżone do realnych (na ile po lekturze kilku wspomnień pilotów mogę ocenić) i jest sporą ciekawostką dla kogoś przyzwyczajonego do nowoczesnych maszyn.

Oba dodatki (Swordfish i lotniskowiec Victorious) można pobrać za darmo ze strony FlyingStations.com. Polecam!

Disclimer 😉 Pokazane na screenach Sea Hurricane’y nie znajdowały się na pokładzie Victoriousa podczas polowania na Bismarcka. W tym okresie lotniskowiec był wyposażony (bardzo rozsądnie) w myśliwce Fairey Fulmar, które choć ustępowały Hurricane’om osiągami, miały dwuosobową załogę (pilot+nawigator) co znacznie zwiększało szansę na odnalezienie celu i własnego lotniskowca podczas długich lotów przy marnej pogodzie.